Jedno spojrzenie skierowane za okno, bez trudu pozwala zrozumieć, że nadeszła nieunikniona zmiana. Okres letnich wschodów i zachodów zdawał się pożegnać wraz z ostatnim ciepłym weekendem września i nawet owe dni nie mogły już dłużej ukrywać słońca padającego pod coraz to innym kątem, a także wieczorów witających w zagajnikach kłęby mgieł. Gwarne i beztroskie wakacyjne dni zamieniły się teraz w ciche doby pracy, nauki, a tylko wolne godziny u końca tygodnia stanowią namiastkę tych wspominanych, choć zupełnie odmienionych. Jedynie gdzieś w ciszy powrotu do codziennych zmartwień zdaje się kryć jeszcze pytanie o spuściznę kolejnego minionego lata, o jego pamięć i miejsce w naszej świadomości.
Z dużą dozą prawdopodobieństwa można stwierdzić, że lato jest tą porą w kalendarzu, na którą czeka największy odsetek ludzi. Myśl o ciepłych wieczorach, kąpielach w morzu i jeziorze, długich słonecznych dniach, i szczególnie dla najmłodszych, wolnych dniach, działa jak magnes na wyobraźnię wielu osób, czemu trudno się dziwić. Z upływem lat przychodzi tylko poczucie, że kiedyś najcieplejszy okres roku trwał bardzo długo, a teraz jak gdyby ktoś wyciągał z niego dni, całymi tygodniami. W naszej szerokości geograficznej, gdy pogoda postanowi płatać figle i zaskakiwać wczasowiczów deszczem czy zimnym wiatrem, wówczas trudno nie odnieść wrażenia, że pora roku widnieje tylko w kalendarzu albo chłodem uciekają kolejne dni. Planowanie urlopu ze znacznym wyprzedzeniem, na obszarze o niestabilnych warunkach atmosferycznych, powinno kwalifikować się jako hazardowa rozgrywka, zainteresowanych przyprawia o nie lada stres i frustrację. Ależ dość już o minionym lecie, które igrało z nami deszczowymi falami chłodu w trakcie wakacji. Każdemu może się to przecież przytrafić.
Skoro jednak, oczami swojej wyobraźni, widzimy teraz już wszyscy deszczowy kurort nad polskim morzem, to chyba najlepszy moment by poniekąd wyjawić genezę tytułu tego materiału – z relacji wakacyjnej. Pamiętam, że był to dzień nadzwyczaj pochmurny i chłodny. Gęste fale mżącego deszczu zasnuwały horyzont i skrywały spokojną morską toń. Wbrew pozorom, brak silnego wiatru rozbijającego się o wydmy plaż, nadawał tej dobie wrażenie wyjątkowo spokojnego czasu, nie było huku ani wycia masztów podczas sztormu. Deptaki ogarnięte były pustką, tylko z rzadka przerywaną ludzkimi postaciami w przeciwdeszczowych strojach. Człowiek zamknięty w hotelowej przestrzeni stara się znaleźć miejsce również dla siebie, o ile z dala od książki, wciąż wytrwale poszukując zajęcia. Po oddaniu się światu wielkiego ekranu na własnym niedużym komputerze, wyrwany na moment z kinematograficznej przestrzeni, zdałem sobie sprawę z zupełnie groteskowego ułożenia dwóch ostatnich pozycji książkowych, do których zajrzałem. Na moich oczach tworzyły one teraz slogan – sejm wita żony bogów. Dziś wracam myślą do tamtego momentu, porywam hasło i umieszczam na szczycie tekstu. Z tym pomysłem nosiłem się dość długo, lecz dopiero dziś odważyłem się wyrywać tę frazę i starać się ją skrzętnie wykorzystać w humorystyczny sposób.
Z własnego doświadczenia już wiem, że niewątpliwie wakacjami, które zostają w pamięci, są te po ostatniej klasie szkoły średniej. Gdy matura zaczyna już tylko widnieć jako wynik w systemie, a z czasem staje się wspomnieniem trudu wielu miesięcy pracy i stresu przygotowań, wówczas nastają wyjątkowo długie miesiące zawieszenia między dwoma światami. Nowy rozdział na horyzoncie, stary gdzieś za plecami, ale jak gdyby przytrzymujący nas, nie pozwalający się po prostu rozstać. Ciekawa to przestrzeń dla młodego człowieka, pełna rozterek i rozmyślań. To nieco zabawne, ale zgodnie z przestrogami podszytymi uśmiechem autorów, o wspominaniu szkolnej ławki właśnie pod koniec najdłuższych w życiu wakacji, dziś te obrazki zdają się żyć w pamięci. Na swojej drodze każdy ma ulubione lekcje, mi dziś w duszy gra szczególnie wspomnienie lekcji języka polskiego wypełnionych poezją polskich i zagranicznych twórców. Uczeń próbujący się zagłębiać w całe zbiory poezji, w zgiełku realizacji ogromnej ilości materiału nie ma łatwego zadania, ale obcowanie z nimi pozostaje w głowie na dłużej. Dziś wszelkie utwory poznane w tamtym czasie, zdają się zyskiwać tylko więcej znaczeń, mnożąc je z każdym kolejnym świtem, i być obecne bez względu na pogodę towarzyszącą nowym dniom.
Skoro już cały tekst oparł się na cyklu pór roku oraz układzie kalendarza, to może warto zerknąć nieco naprzód, na to co przed nami, a nadeszła jesień, w zasadzie dotarła tutaj już przed kilkoma tygodniami. Nawet jeśli za oknem spadają dopiero pierwsze liście to ta przemiana odbywa się także w naszym postrzeganiu świata. Dzień bardzo szybko staje się coraz krótszy, a wieczór zapada coraz wcześniej – pamiętali Państwo o przestawieniu godziny na zegarze w samochodzie? – I słusznie, za pół roku nie będzie już konieczności takiej ingerencji. Porzucając jednak ten anegdotyczny margines, kolejne miesiące doprowadzą do apogeum tego procesu, a potem… potem znowu wszystko się odwróci. Ponowne wyczekiwanie lata, obrodzi w zieleń wiosną, a coraz dłuższe dni będą też coraz cieplejsze. Wreszcie, skoro kolejność tych zmian pozostaje tak niezmienna, to wokół nich pozostają też inne stałości. Bo przecież są elementy, które są z nami bez względu na to, czy z domu wychodzimy koszulce z krótkim rękawem czy puchowej kurtce. To zabawne, wystawy, filmy, całe albumy muzyczne. Sztuka, ta wysoka i ta niska, ta osławiona i ta skrywana w szufladach twórców, powstaje i jest. Trwa na praktyczny użytek i na samo jej istnienie. Niech żyje sztuka!
fot. archiwum prywatne


