street238458_1280.jpg
https://pixabay.com/pl/ulicy-drogi-horyzont-niesko%C5%84czona-238458/

Brenton

Poprawiłem czarny garnitur i wstałem z niewygodnego krzesła. Godzina, w której mój pracodawca jest już w pracy, nieubłagalnie się zbliżała. Chodziłem w tę i z powrotem, kiedy do mojego gabinetu weszła młoda kobieta.
– Pan dyrektor jest już u siebie proszę pana – powiedziała wygładzając swoją spódnicę w paru miejscach.
– Ile razy mamy ci powtarzać, że jestem po prostu Brenton, żaden pan – zaśmiałem się, na co moja sekretarka się zarumieniła.
– Dziękuję Lorey za tę informację – pokręciłem głową, gdy zostałem znowu sam
w pomieszczeniu.
Schowałem do szarego kartonu ostatnie rzeczy z mojej szafki w biurku. Podrzuciłem lekko pudełko i mocno je złapałem, wychodząc z mojego królestwa. Właśnie miały się spełnić moje młodzieńcze fantazję – wyjechać do lasu do jakiejś zapadłej dziury, a nie męczyć się w tym wstrętnym Nowym Yorku. Dumnym krokiem szedłem do mojego szefa, by wręczyć mu wypowiedzenie. Nie czułem strachu przed opinią innych… może przed ojcem. Martwił się o mnie – o tego niewdzięcznego dzieciaka, który za młodu nie myślał o nauce tylko o panienkach i innych nieodpowiednich rzeczach. Głośno westchnąłem, kładąc rękę na klamce. Myślami cofnąłem się do okresu mojego „wcześniejeszego” powrotu do domu z wiadomego powodu (znowu mnie wyrzucili
z bardzo dobrej szkoły), gdy Phoebe powiedziała, że tata mnie zabiję. Pewnie i teraz by to powiedziała, ale o niczym na razie nie będzie wiedzieć… tak jak cała reszta. Ucieknę do Massachusettes i do Vermont, i w ogóle w tamte okolice. Będę mieszkał w obozach cempingowych, w różnych turystycznych dziurach. Zaśmiałem się głośno, gdyż takie same plany snułem kilka lat temu z Sally (a raczej ja sam, bo ona mnie nie rozumiała). Do tego chciałem się jej oświadczyć! Byłem taki głupi, przecież nawet zbytnio jej nie lubiłem. Wszedłem z uśmiechem do mojego dyrektora. Mężczyzna rozmawiał przez telefon, dlatego wyłącznie skinął na mnie ręką. Ucieszony, że nie będę musiał się mu
z niczego tłumaczyć, szybko podrzuciłem kopertę i opuściłem ten cały idiotyczny budynek. Na dworze odetchnąłem głęboko świeżym, jak na to zatęchłe miasto, powietrzem. Wrzuciłem na tylne siedzenie samochodu moje graty i usiadłem za kierownicą. Pogłaskałem kierownicę najnowszego mustanga i gwiżdżąc pod nosem wyjechałem z parkingu. Otworzyłem wszystkie szyby, kiedy wjechałem na zakorkowaną ulicę. Byłem szczęśliwy, że mogę zrobić coś, o czym zawsze marzyłem. Krzyknąłem głośno ze szczęścia. Co z tego, że ludzie patrzyli na mnie jak na wariata?! Wszyscy nimi jesteśmy. Powoli poruszałem się naprzód w mojej długiej, rozpoczynającej się właśnie wędrówce. Na szczęście nie jestem idiotą i zdążyłem wszytko już załatwić – jestem spakowany, klucze od mieszkania oddałem najemcy, a sam jestem podniecony nadchodzącą przygodą. Została tylko jedna rzecz – telefon do Jane Gallagher! Ale to załatwię jak będę już w jakiejś puszczy. Podskoczyłem na fotelu, kiedy wreszcie wyjechałem na autostradę. Po czterech godzinach męczenia się w tym gorącym wozie, nareszcie mogłem z niego wyjść. Musiałem przyznać, że gotowanie się przez tak długi czas z tą irytującą muchą opłacało się. Beverly było uroczą mieściną. W ramach chwilowego odpoczynku chciałem wybrać się nad wodę, by w samotności móc porozmawiać z moją starą miłością. Po jakiś dziesięciu minutach dojechałem na stację paliw, z której spacerkiem mogłem przejść na skaliste wybrzeże. Usiadłem na skałach
i przymknąłem oczy. Zacząłem myśleć o mojej starej ukochanej. O jej anielskich ruchach, którym tak często dyskretnie się przypatrywałem i jej perłowych ustach. Wyjąłem z kieszeni jeden z nowszych modeli telefonów. Jeszcze się do niego nie przyzwyczaiłem, więc z trudem wyklikiwałem numer, który tak mocno odbił się w mojej pamięci. Przyłożyłem do ucha duży prostokąt i czekałem bez oddechu na jakiś sygnał. Po chwili coś chrupnęło w głośniku, a potem usłyszałem męski głos.
– Z tej strony Stradlater. Mogę w czymś pomóc? – zadrżałem na słysząc mojego dawnego współlokatora.
– Mogę rozmawiać z Jane? – spytałem.
Jeszcze wszystko mogło być możliwe. Ona wcale nie musi być jego żoną.
– Niestety moja żona właśnie wyszła na próbę chóru. Mogę w jakiś sposób pomóc, panie…
– Nazywam się Howie Spencer. Jestem jej dalekim kuzynem. Najwyżej sam
w najbliższym czasie do was zajrzę. Niedawno wróciłem z Europy, a Jane chciała dostać stamtąd jakąś pamiątkę. Dlatego jej kupiłem piękny szal – łgałem jak z nut. Okropny nałóg. Chciałem tę wstrętną rozmowę skończyć jak najszybciej. Jak to się stało, że są razem?
– Żegnam. Proszę pozdrowić swoją kobietę i jej matkę, dawno się nie widzieliśmy – wcisnąłem czerwoną słuchawkę i upuściłem telefon na trawę.
Zza zamglonych oczu próbowałem dostrzec zachód słońca nad falami, niestety
z marnym skutkiem. Jeszcze nigdy nie czułem się tak upokorzony i  niepotrzebny zarazem . Tak wiele zrobiłem za młodu, by być jak najbliżej niej. Jak zwykle nic się nie udało. Przez głowę przewijały mi się tysiące pytań: „Co się stało?”, „Dlaczego on?” , „Czy naprawdę ją kochałem?”. Czułem jak ktoś ściska moje serce w morderczym uścisku,
a z moich oczu popłynęły łzy. Odrzucenie tak bardzo bolało. Dlaczego to musiały być ten okropny Stradlater? Gdyby to przynajmniej był Ackey… nie rozpaczałby aż tak, bo miałbym nadal jakiekolwiek szanse. Ale Stradlater? Przecież on był przystojny, wysoki, dobrze wychowany i nie wyrzucali go ze szkoły – anioł nie człowiek. Zacisnąłem pięści
i przetarłem twarz. Nawet stare miłostki nie zniszczą mi mojej podróży. Wróciłem do samochodu i otworzyłem schowek, z którego wypadła mapa. Palcem z zamkniętymi oczyma sunąłęm po nierówności papieru. Co mnie teraz czeka? Zatrzymałem wędrówkę dłoni i popatrzyłem. Chittenden. Czekała mnie długa droga do mojej wymarzonej dżungli.